wtorek, 25 sierpnia 2015
Rozdział 3
Widzę jak upada. Mimo, że on nie chcę tego pokazywać, widzę jego ból. To straszne patrzeć na niego lub kogokolwiek w takim stanie. Nie chcę podchodzić, wszyscy już tam podbiegli ja już się na nic nie zdam, a nie lubię tłumów… źle się czuje jak z każdej strony mnie jest ktoś i to bardzo blisko, czuje wtedy strach i to niekontrolowane… wolę sobie tego oszczędzić skoro i tak wszyscy mu pomagają… nawet go nie widzę. Muszę się szybko stąd ulotnić. Za dużo ludzi. Uciekłam stamtąd, chyba Jasiu to widział, ale nieważne, mało mnie obchodzi. Teraz chcę iść do domu, przede mną jeszcze wieczór pełen nauki. Szłam drogą w stronę przystanku i zobaczyłam, że coś leży na ziemi, podniosłam szybko… to portfel. Powoli zaczęłam otwierać żeby zobaczyć dokumenty, dowiedzieć się kogo to i zwrócić. W końcu znalazłam dowód między paragonami i mnóstwem pieniędzy… naprawdę mnóstwem… „Jan Dąbrowski” zastanawiałam się czy się nie przewidziałam przeczytałam jeszcze 2 razy po czym puściłam go jak oparzona. Co mam z tym zrobić? Nie chcę go brać… zrobiłam jeden krok w przód po czym odwróciłam się… nie mogę go tu tak zostawić, tam jest naprawdę ogrom pieniędzy ktoś może go z chęcią zachować dla siebie. Wezmę go i dam Lunie, tak to dobry pomysł, ona go polubiła, on polubił ją i super. Zastanawia mnie tylko skąd on ma tyle pieniędzy… W sumie może pracować… ma 18 lat może pracować, tak. Tylko, że w żadnej normalnej pracy nie dostaje się tyle pieniędzy! Okej to nie moja sprawa, tylko jego. Obejrzałam się za siebie kiedy zdałam sobie sprawę, że stoję tu jak taka idiotka. Pospiesznym krokiem szłam dalej w stronę przystanku autobusowego, po drodze chowając jego portfel do torby.
Jak ulał mój autobus akurat przyjechał więc weszłam i jak zawsze zajęłam miejsce na końcu. Jechałam słuchając muzyki i patrząc za okno przez co najmniej godzinę. Wyszłam z autobusu i od razu skierowałam się w stronę domu, którego widać z przystanku. Jest ogromny, ale pusty… Weszłam do niego równo o 20 i krzyknęłam „cześć”, ale w odpowiedzi usłyszałam tylko echo własnego głosu… Pobiegłam do swojego pokoju i usiadłam przy swoim biurku, oczywiście zaczęłam się uczyć i włączyłam komputer. Puściłam głośno muzykę i zaczęłam przygotowywać się na jutrzejszy dzień i odrabiać zadane lekcje, kiedy rozproszył mnie dźwięk wiadomości na facebook’u.
- Hejka, czemu tak nagle uciekłaś? Co się stało? Z Jaśkiem nie jest dobrze, a ty nawet się nie zainteresowałaś, o co ci chodzi? On jest naprawdę w porządku, spróbuj dać mu szanse. Wydaje mi się, że zrobiło mu się przykro… przez ciebie. Przepraszam, że tak mówię, ale jako najlepsza przyjaciółka powinnam być szczera!-: Czytałam tylko w kółko wiadomość od Luny i się obwiniałam
- Hej, Luna przepraszam ja wiem, że źle zrobiłam, ale poczułam, że zbyt dużo ludzi tu jest, a i tak dużo ludzi było obok niego więc na co miałam się niby zdać? – Zapytałam usprawiedliwiając się w myślach.
-Nie przepraszaj mnie tylko Jasia, bo to on teraz cierpi, a nie ja. - Zastanawiam się czemu Luna zawsze ma rację…
-Tak w ogóle to co z jego nogą? Wracając znalazłam jego portfel, mogłybyśmy się spotkać dałabym ci go, a ty byś mu go oddała, okej?- Naprawdę zastanawiam się co z jego nogą tak jak nad tym skąd on ma tyle pieniędzy w portfelu…
-Pojedź do niego i sama go zapytaj Evanlyn, portfel też sama mu oddaj, naprawdę jest w porządku przestań go unikać! – Wyczułam, że naprawdę źle zrobiłam i nie tylko ona jest na mnie zła.
-Gdzie on teraz jest?- spytałam chodź nie pewnie… może nie pojadę, zobaczę.
-Najbliższy szpital, nie pamiętam adresu, ale to tam gdzie ty byłaś na badaniach. Ty pewnie teraz się uczysz więc już ci nie przeszkadzam, do jutra w szkole i dobranoc.
-Cześć.- Pożegnałam się nadal zastanawiając się czy dobrze zrobię jadąc tam do niego, jutro wcześniej kończę… może zdążę do niego pojechać. Teraz ważniejsza jest nauka.
Perspektywa Jasia
Cały czas przed oczami mam Evanlyn uciekającą z miejsca gdzie ja zwijałem się z bólu. Jest mi ogromnie przykro. Leże tutaj uziemiony, sam, pod kroplówką dostając co pare godzin jakieś papki… Lekarz mówił mi, że straciłem przytomność więc muszę tu zostać, a ja za cholerę nie chcę tu siedzieć. To jest chore miejsce, nienawidzę szpitali. Chociaż przynajmniej nie musze teraz chodzić do szkoły, a codziennie po lekcjach odwiedza mnie Michał. Dzisiaj przyjechał wcześniej, bo lekcje się szybciej skończyły i kiedy opowiadał mi o swoim dniu nagle ktoś zapukał do drzwi. Michał je otworzył, a ja tylko usłyszałem damski głos, ale kiedy zobaczyłem jej twarz myślałem, że pęknę ze szczęścia. Nie chciałem tego pokazywać, ale w środku cieszyłem się jak dziecko kiedy zobaczyłem Evanlyn.
-Hej, jak się czujesz? Znalazłam twój portfel, proszę. – Spytała odkładając mój portfel do szafki obok mojego łóżka.- Co tak w ogóle ci się stało?
-Tragicznie, ta atmosfera tutaj przygnębia, cieszę się, że przyjechałaś i dziękuje. Spieszyłem się na nasze spotkanie, biegłem i potknąłem się o coś, porządnie upadłem i nie mogłem już biec więc szedłem kulejąc… wtedy musiał mi upaść portfel. Potem poczułem okropny ból, który był nie do wytrzymania w efekcie straciłem przytomność, a teraz leże tu i jem jakieś gówno z miksera…
-Chyba nie jest tak źle strary, spoko jak już z tego wyjdziesz to zabiorę cię na najlepszą imprezę w mieście. – Matko czemu Michał to powiedział przy Evanlyn…
-Eh, a coś zdiagnozowali?- Patrzyłem tylko jak siada na moim łóżku i nie mogłem oderwać od niej wzroku
-Złamanie z przemieszeniem, wredne. Jutro mam operacje. – Zastanawiam się czy pyta, bo się martwi czy tak po prostu.
-Przepraszam, ale muszę już lecieć, powodzenia w takim razie jutro. – Jej mina była dziwnie zmieszana mówiąc to.
-Przyjdziesz jutro? – Spytałem z nadzieją w głosie.
-Cześć. – powiedziała wychodząc już.
-Cholera. – krzyknąłem głośno i uderzyłem mocno pięścią w ramę łóżka kiedy uniosłem rękę zobaczyłem tylko krew i siną rękę… rama miała pęknięcie i ostry fragment.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Czekam na dalej dawaj pliska
OdpowiedzUsuń