niedziela, 27 września 2015

Rozdział 7

 Siedzę tu i czuję jak mój tyłek przymarza do betonowego schodka przed domem Jasia. Środek wiosny, a dzisiejsza pogoda przypomina późną jesień. To chore jak bardzo zapominalska jestem. Chciałam już wracać do domu od Luny. Po dłuższej wędrówce spowodowaną pechem i brakiem jakiegokolwiek tramwaju w najbliższym czasie, będąc już prawie pod domem zorientowałam się, że zostawiłam klucze u Jasia. Znowu zdana na nogi szłam wolnym krokiem myśląc o wszystkim jakąś godzinę i okazało się, że Jaś też gdzieś się przeszedł. Po jakiejś pół godzinie zobaczyłam go idącego w moją stronę pewnym krokiem, ale gdy mnie zobaczył zrzedła mu mina, zacisnął pięści i mruknął coś pod nosem. Speszona opuściłam głowę i zaczęłam iść w jego stronę tłumacząc w czym rzecz, że znów tu jestem. On tylko przeszedł obojętnie obok mnie, otworzył drzwi i wszedł do środka.
-Idź po co przyszłaś i wyjdź. -Poczułam lekkie ukłucie w brzuchu kiedy usłyszałam to widząc, że patrzy wszędzie tylko po to żeby nie patrzeć mi w oczy.-Wchodzisz czy nie?
-Ale.... Tak.-Spuściłam głowę i poszłam od razu po to po co przyszłam ,najszybciej jak tylko mogłam.
Kiedy je znalazłam szybko zbiegłam ze schodów i widząc Jasia udającego zapatrzonego w telewizor stałam chwilę nieruchomo i wyszłam trzaskając drzwiami. Szłam przed siebie ze łzami w oczach i nic nie rozumiałam. Gdzie on był? Czego się dowiedział? Co zrobiłam? Zaczęłam kierować się w stronę domu Luny, znów muszę i niej zagościć.
Czułam, że coś jest ze mną nie tak... psychicznie. Nie tylko z powodu Jasia i agencji, czuję coś jeszcze, taki wielki ból od środka nie wiem czemu. Nogi zaczęły mi się plątać co spowodowało, że chwilę później już leżałam na ziemi. Nie miałam sił się podnieść. Leżałam na środku ulicy, szlochając. Nienawidzę ludzi, wszyscy którzy przechodzili patrzyli na mnie, patrzyli jakby dodatkowo chcieli mnie zniszczyć. Czułam pogardę w ich wzroku. Chciałabym uciec stąd gdzieś daleko. Dlaczego jest mi tak trudno śmiać się jak kiedyś? Kiedyś roześmiałabym się, wstała i szła dalej podśmiechując się. Teraz? Teraz nie mam sił, żeby wstać i leżę tu jak ostatnia nieudacznica.
-Hej, coś się stało?- Miły damski głos dobiegł do moich uszu, jak głos jakiegoś anioła. W tej samej chwili wyciągnęła rękę w moją stronę.-Wstawaj słońce, bo ludzie Cię zdeptają.
-Ja dziękuję... na prawdę, ja po prostu się pogubiłam, już dobrze.-Mówiłam że łzami w oczach, a głos mi się załamywał.
-Jestem Nadzieja, ale mów Nadia. - Uśmiechnęła się tak jakby była przecudownym człowiekiem.
-Jestem Evanlyn i w sumie będę już lecieć, dziękuję.
-Nie ma sprawy, do zobaczenia kiedyś.- Znów ukazała cały swój idealny zgryz zarazem odwracając się do tyłu.
Ta dziewczyna jako jedyna potrafiła pomóc mi nie oczekując nic, tacy ludzie w tych czasach to dar. Mam nadzieję, że Luna będzie w domu, bo cała się trzęsę.
Perspektywa Jasia
Wyłączyłem telewizor w chwili trzaśnięcia drzwi. Nienawidzę telewizji. Tym bardziej nienawidzę udawania. Tego, że nic się wczoraj niby nie wydarzyło między Michałem, a Evanlyn. Jestem ciekawy jak Evanlyn się wytłumaczy, chociaż w sumie czemu miałaby. Przecież robi ci chcę, mam nadzieję, że wie co. Trzeba mieć naprawdę z głową żeby robić coś takiego przyjacielowi. Rozumiem, że lubi wyrywać laski, ale dla mnie dziewczyny trzeba traktować z szacunkiem, a nie jak szmaty. Żal mi Evanlyn, że trafiła na niego pod tym względem. Jest świetnym przyjacielem, ale dziewczyny to dla niego sprawa "przelecieć i zostawić". Nie pozwolę na to, żeby zrobił coś Evanlyn. Ten chuj już jej nie tknie.
Następny dzień i oczywiście trzeba załatwić różne sprawy, szkoda tylko, że muszę robić to sam. Jedyny plus to to, że nie muszę widzieć twarzy Michała z podbitym okiem, które wciąż przypomina mi o sytuacji w klubie. Mam już ochotę wracać do domu, 3 godziny samemu w tej chujowej robocie nie cieszy mnie zbytnio. Nie przychodzą tu zbyt ciekawe osoby, a każdy następny z coraz to groźniejszą miną. Dostałem powiadomienie, że mam do odebrania jakiś list na poczcie więc szybko się ogarnąłem i pobiegłem do najbliższej poczty. Pani zza okienka szybko znalazła list pod nazwiskiem Dąbrowski i dała mi to do ręki miło się uśmiechając. Szybko otworzyłem list i zacząłem czytać
"Panie Dąbrowski, mam nadzieję, że jest Pan niezawodny tak jak Pana zachwalają. Potrzebuję prostej rzeczy, a zasada jest taka, że albo spełnisz moje życzenie albo bliskim tobie osobą grozi niemałe niebezpieczeństwo. Nie martw się na moje zamówienie stawka będzie podwójna. Po więcej informacji odnośnie mojego nie małego życzenia skontaktuj się z moim asystentem, kartkę z jego numerem masz w kopercie. Proszę to dobrze przemyśleć, XYZ". Co to ma do chuja być? Zacząłem się bać, bo pierwszą osobą o której pomyślałem to Evanlyn... Muszę zadzwonić jutro do tego gościa dowiedzieć się co chcę i postarać się aby Evanlyn była bezpieczna. Siedziałem na ławce, z podpartą głową o ramię i myślałem o tym wszystkim i nagle usłyszałem dźwięk sms'a.
_____________________________
Mam nadzieję, że spodobał wam się ten rozdział mimo, że jest troszkę krótszy. Przez to, że długo dość trzeba było czekać na 7 rozdział, 8 postaram się napisać najszybciej jak będę mogła. Czekam na jakieś opinie w komentarzach, a pytania kierujcie tutaj -> Ask :)

1 komentarz:

  1. Super rozdział, jestem ciekawa co takiego jest w sms, i oczywiście jak dalej potoczą się losy Evanlyn i Jasia.
    Pozdrawiam i czekam na następny :3

    OdpowiedzUsuń